niedziela, 16 lutego 2014

Muffiny z żurawiną na poprawę nastroju


Skandynawskie klimaty uwielbiam nie tylko w kontekście domowych wnętrz, bieli i krajobrazów. Coraz większą słabość mam również do skandynawskiej kuchni - oczywiście wegetariańskiej, choć tej niestety nie ma zbyt wiele. Mimo wszystko i tak sporo w niej tego, czym mogę się delektować do woli. Jedną z moich słabości jest żurawina, którą mogłabym jeść niemal w każdej postaci, oraz król skandynawskich przypraw - kardamon. Tego ostatniego nigdy za wiele - czy w kawie, wypiekach czy w porannej owsiance. Dziś coś prostego, co zdecydowanie poprawia mi nastrój i nieraz pomaga odpłynąć szarej rzeczywistości w zapomnienie ;)

Składniki:
  • 1/2 szklanki białego cukru
  • 1/2 szklanki brązowego cukru
  • 2 i 2/3 szklanki mąki pszennej
  • 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1/4 łyżeczki sody
  • szczypta soli
  • 1 płaska łyżeczka kardamonu
  • 1 banan
  • 3/4 szklanki suszonej żurawiny
  • skórka otarta z 1 cytryny
  • 60 g roztopionego masła
  • 1/4 szklanki oleju
  • 2 duże jajka
  • kilka kropli olejku waniliowego
  • 1 szklanka mleka
W jednej misce wymieszać biały i brązowy cukier, mąkę, proszek do pieczenia, sodę, sól i kardamon. Dodać pokrojonego w kostkę banana oraz żurawinę. Całość dokładnie wymieszać. W drugiej misce dokłądnie wymieszać skórkę z cytryny, roztopione i przestudzone masło, olej, roztrzepane jajka, olejek waniliowy i mleko.

Przelać mleczno-jajeczny sos do miski z suchymi składnikami i całość krótkow wymieszać, tylko do połączenia się składników. Gotowe ciasto przełożyć do foremki na muffinki, wyłożonej papilotkami. Ciasto wyłożyć do wysokości papilotki - starczy na 12 muffinek.

Piec w temperaturze 180ºC przez około 20 - 25 minut. Wyjąć, przestudzić na kratce. Lekko wystudzone muffinki posypać cukrem pudrem.


Jako dodatek iście skandynawski polecam Wam do muffinek konfiturę z kwiatów czarnego bzu i pomarańczy, którą to ostatnią wynalazłam w Ikea. Połączenie smaków idealne! Moja druga ulubiona po konfiturze z róży.  Już wiem, co zrobię z kwiatów czarnego bzu w tym sezonie. :)

Smacznego :)


niedziela, 26 stycznia 2014

Jak tu nie robić nic...


Nareszcie prawdziwa zima!! Czary podziałały - aż sama nie spodziewałam się, że tak szybko :)

Jak ja lubię czuć ten mróz na policzkach, wdychać lodowate powietrze i wsłuchiwać się w skrzypienie śniegu pod nogami. Bezmiar białej ciszy dookoła i ten wszechogarniający spokój.  Śnieg to dobra wymówka, by się nieco wyciszyć i naprawdę... nic nie robić. Ubrać ciepły sweter, zaparzyć sobie kubek gorącej herbaty, zanurzyć się w gruby koc i po prostu rozmyślać, wpatrując się w piękno świata za oknem.

Gdy stajemy się coraz starsi, czas zyskuje dla nas szczególną wartość. W pędzie życia i obowiązków nie chcemy go ani trochę zmarnować, ale to właśnie wtedy najbardziej potrzebujemy znaleźć czas, by nie robić nic. 

I nie mówię tutaj o tak popularnym obecnie lenistwie i niechęci do robienia czegokolowiek. Mówię o przestrzeni ugruntowanej głęboko w nas, budzącej wewnętrzny balans i harmonię. Przestrzeni, która delikatnie dotyka duszę, stając się naszą inspiracją, podstawą dobrego samopoczucia  i szczęścia.

Mało znam dzisiaj osób, które potrafią znaleźć tą przestrzeń - po prostu siąść, uwolnić umysł od trosk codzinnego życia i nic nie robić, oddając się czystej kontemplacji. Jak często potrafimy dzisiaj tak usiąść, gdy mamy pięć tysięcy różnych spraw na głowie? Jak często pozwalamy sobie na zwykły spacer, bez konkretnego celu czy planu - bycie wolnym po prostu tu i teraz? 

Siedzący czy przechadzający się w samotności człowiek, szczęśliwy, zanurzony w swoim wewnętrznym świecie to dziś naprawdę rzadki widok. A przecież jeszcze kilka-kilkanaście lat temu, w nie tak stechologizowanym społeczeństwie, bez internetu i "kablówki", spędzało się całe dnie na łonie natury, w nieskończoność wpatrywało się w dal, obserwowało świat i  ludzi, serfując po niezbadanych przestrzeniach swojego umysłu odkrywało, wymyślało i tworzyło z prawdziwej głębi nas samych.

Dziś serfujemy, lecz po kolejnych stronach internetowej sieci, zatracając naszą wewnętrzną, boską kreatywność, gubiąc czas. Dziś nawet odpoczywając, coś robimy, coś czytamy, piszemy, oglądamy. A wystarczyłoby chociaż na chwilę odłożyć komputer, schować telefon, wyłączyć telewizor (jeśli takowy w ogóle macie), nawet zamknąć książkę i po prostu posiedzić - w ciszy i w spokoju...

Czas poświęcony kontemplacji i nic-nie-robieniu, to nie czas stracony. To czas, który ma kluczowe znaczenie dla naszego stanu umysłu, samopoczucia i wewnętrznego spokoju. Sprawia, że mamy lepszy kontakt z samym sobą, lepiej funkcjonujemy i jesteśmy po prostu szczęśliwsi. 

Zdecydowanie warto pozwolić sobie czasem mieć taki czas...

niedziela, 19 stycznia 2014

Najprostszy chleb żytnio-pszenny na zakwasie


Nie ma lepszego chleba, niż chleb na zakwasie, przynajmniej moim skromnym zdaniem. A do tego własnoręcznie zrobiony, z naturalnych, najprostszych składników - bez żadnych sztucznych dodatków czy ulepszaczy. Domowy chleb i cały proces jego tworzenia  mają w sobie nieopisaną  magię. To jedna z tych niewielu niezwykłych, domowych czynności, która pozwala mi poczuć, że chociaż na chwilę powracam do pierwotności, do korzeni czegoś już niemal dawno zapomnianego. Pieczenie chleba budzi we mnie harmonię i spokój, i choć często zajmuje sporo czasu, to jest to czas bezcenny, podczas którego nie raz mam szansę odnaleźć tą prawdziwą siebie.

Przygotowywać chleb radzę oczywiście rękoma i drewnianą łyżką, rezygnując z wszelakich mikserów czy maszyn. Może to nieco trudniejsze rozwiązanie, ale zapewniam Was, że wysiłek się opłaci. Chleb, który tworzymy ręcznie, wypełniamy energią własnego serca i wewntęrzną miłością przy każdym, pojedynczym ruchu dłoni. To przekłada się później nie tylko na jego strukturę, ale również i smak - tym lepszy, im więcej miłości wkładamy w jego tworzenie.

By magia domowego chleba mogła się w pełni dopełnić, przydałby się jeszcze jeden mały szczegół - tradycyjny piec chlebowy na drewno. Wtedy będziemy mieli właściwie chleb idealny... Z prawdziwym piecem muszę jeszcze trochę poczekać, ale nie wyobrażam sobie mojego przyszłego domu bez tego ciepłego domownika, będącego sercem domowego ogniska...

Tymczasem trzeba zadowolić się i umiejętnię wykorzystywać to, co pod ręką. Piec gazowy czy elektryczny też wystarczą, choć niestety, z nich nigdy chleb nie będzie smakował tak... chlebowo. Mimo wszystko warto próbować, eksperymentować i uczyć się na błędach, ponieważ nic nie zastąpi smaku doskonałego, domowego pieczywa. A do tego ten cudowny zapach (chyba jeden z najwspanialszych na świecie) unoszący się po całym domu o poranku. Po prostu bezcenne! 

Choć robienie własnego chleba może wydawać się skomplikowane i pracochłonne, naprawdę warto próbować. Najwięcej czasu trzeba poświęcić zakwasowi, pamitając o ciągłym podglądaniu i dokarmianiu. Jeśli jednak przyzwyczaimy się do tego nowego zwyczaju, szybko wejdzie nam w nawyk i będzie niemal jak poranne mycie zębów ;)

Zabawę z zakwasem najlepiej rozpocząć od zakwasu żytniego, czyli mieszanki mąki żytniej i wody. To najczęściej stosowany przy domowych wpiekach zakwas. Im starszy, tym lepszy - najlepiej taki 100-letni :) Jeśli nie macie jeszcze swojego, a tym bardziej stuletniego, tutaj znajdziecie wyczerpujące informacje, jak taki zakwas przygotować od podstaw i o niego dbać na co dzień. Niech nie przeraża Was ilość porad, to naprawdę prościzna :)


Składniki na dwa bochenki:

  • 700 g zakwasu żytniego (aktywnego, dokarmionego 12-24h wcześniej)
  • 250 g mąki żytniej, tzw. żurkowej (typ 700)
  • 100 g mąki żytniej razowej (typ 2000)
  • 250 g mąki pszennej (typ 650)
  • 100 g mąki pszennej razowej (typ 2000)
  • 350 ml przegotowanej wody o temperaturze pokojowej
  • 1,5 łyżki soli
  • po pół szklanki ziaren słonecznika, dyni, siemienia lnianego
  • pół szklanki otrąb pszennych/żytnich lub lekko zmielonych płatków owsianych
  • ziarno dyni, słonecznika lub siemienia lnianego do posypania

Przelać odpowiednią ilość aktywnego zakwasu do miski, dodać wszystkie mąki i ziarna. Sól rozpuścić w przegotowanej wodzie i wlać do miski z zakwasem. Wymieszać wszystkie składniki i całość urabiać drewnianą łyżką przez ok. 10 minut w taki sposób, aby jak najbardziej napowietrzyć ciasto. 

Gdy masa będzie już jednolita i elastyczne, ale ciągle bardzo klejąca, miskę z ciastem przykryć ściereczką i odstawić w ciepłe miejsce (min. temperatura pokojowa) na 40 minut, by odpoczęło.

W tym czasie 2 formy do keksówek o wymiarach 25 x 11 cm posmarować od wewnątrz olejem i dokładnie wysypać otrębami. Przełożyć ciasto do foremek (pół ciasta na 1 foremkę) i wygładzić zamoczoną w wodzie łyżką. Ciasto będzie się mocno kleić, ale bez paniki, to właściwy objaw. Ciasto po wygładzeniu powinno sięgać do połowy wysokości formy. 

Wierzch ciasta spryskać delikatnie wodą za pomocą spryskiwacza do kwiatów. Obydwie formy przykryć szczelnie folią kuchenną, aby ciasto nie wyschło, i odstawić do wyrośniecia na 4-5 godzin w ciepłe miejsce (np. blisko kuchenki albo pieca). Często ciasto wyrastać może nawet dłużej, w zależności od temperatury w pomieszczeniu, dlatego też ważne jest, aby uzbroić się w cierpliwość - ciasto po właściwym wyrośnięciu powinno sięgać górnych brzegów formy.

Gdy ciasto wyrosło już prawie po sam wierzch formy, nastawić piekarnik na 230 °C. Zdjąć folię z foremek, wierzch wyrośniętego ciasta posypać ulubionym ziarnem lub mąką. Ciasto włożyć na dolny poziom w pełni nagrzanego piekarnika - tuż przed włożeniem spryskać ścianki piekarnika wodą. Piec przez 15 minut, co 5 minut spryskując piekarnik intensywnie wodą. 

(Nawilżanie piekarnika podczas pieczenia chleba jest konieczne, by nie pękała wierzchnia skórka chleba. W tym celu zamiast spryskiwania ścianek piekarnika, można wykorzystać naczynie z wodą, które wstawia się na czas trwania pieczenia wraz z chlebem do piekarnika.)

Po tym czasie zmniejszyć temperaturę do 200 °C i piec jeszcze 25 minut, co jakiś czas spryskując piekarnik wodą. Gdy minie wskazany czas, wyciągnąć formy z pieca i delikatnie wyjąć chleb z foremek. Jeżeli spód chleba jest niezbyt dopieczony (nie wydaje charakterystycznego, głębokiego dźwięku przy opukiwaniu), same bochenki  wstawić do piekarnika  na jeszcze 4-5 minut. Po dopieczeniu wyjąć chleb, położyć na metalową kratkę i przykryć bawełnianą ściereczką, pozostawiając do wystudzenia.

Ten chleb można podjadać, gdy jest jeszcze lekko ciepły. Jednak najlepszą konsystencję ma dopiero na drugi dzień.

Smacznego! :)

sobota, 11 stycznia 2014

Twarzą w twarz - niewidzialna więź


Ostatnimi czasy dużo rozmyślam na temat relacji międzyludzkich, zarówno tych indywidualnych - pozornie przypadkowych, chwilowych, jak i spotkań grupowych z dalszymi znajomymi, a nawet zupełnie obcymi ludźmi. Jak wiele tracimy, rezygnując z tego, co przecież takie ludzkie – bezpośredniego kontaktu.

Wiele się zmieniło od ostatnich dziesięciu lat. Ogólnospołeczne więzi między ludźmi słabną z każdym rokiem. Coraz częściej mamy zwyczaj chować się za ekranem monitora naszego komputera czy smartphona, niż twarzą w twarz porozmawiać z nieznajomym. Nawet spotkania z nam bliskimi stają się coraz częściej wirtualne...

Czyż nie łatwiej jest „rozmawiać” z ludźmi, którzy nas nie widzą i nigdy nie zobaczą? Czy nie prościej jest „powiedzieć” znajomej osobie do słuchawki tego, co tak trudno przechodzi nam przez gardło, gdy  patrzymy jej prosto w oczy? I może nie byłoby w tym jeszcze nic aż tak złego, gdyby nie stawało się regułom dla coraz większej grupy tych, których wypełnia lęk bądź nieśmiałość przed nawiązywaniem kontaktu z innymi. Wraz z tym jak wyglądają ludzkie więzi, a raczej ich brak, mam wrażenie, że zatracamy coś fundamentalnego, co czyni nas ludźmi…

Zastanawiam się nad tymi wszystkimi sposobnościami, których często sama unikałam, by nie musieć rozmawiać ze staruszkiem spotkanym na ulicy, panią, która usiadła naprzeciwko mnie w przedziale pociągu, nieznajomym stojącym w tej samej kolejce do kasy. Strach i nieśmiałość tak często blokuje i ogranicza, by rozmawiać, poznawać, a przede wszystkim uczyć się od ludzi. Przynajmniej mnie… Ale mam wrażenie, że też wielu innych. 

Jestem świadoma swej nieśmiałości, a mimo to - tak rzadko cokolwiek z nią robię. Choć otwieram się coraz częściej – posyłając serdeczny uśmiech, zagajając niezobowiązującą rozmową – pełna obaw związanych z krytyką czy osądzaniem wolę siąść przy komputerze i pisać tu te słowa, niż porozmawiać o nich z zupełnie obcą osobą siedzącą tuż obok mnie na ławce w parku.

Dzisiaj ludziom tak ciężko naprawdę wewnętrznie się otworzyć. A mimo wszystko tęsknię za tym ogromnie – za szczerą, otwartą rozmową z nowo poznaną osobą, pełną ciepła, zrozumienia i akceptacji, w której tak samo chętnie słuchamy, jak i mówimy; w której czujemy żywe zainteresowanie i radość z czystej wymiany myśli, opowieści, i doświadczeń - bez obaw, oceniania i negowania. 

Tak wiele  możemy się od siebie nauczyć, wsłuchując się wzajemnie w swoje słowa, patrząc sobie w oczy, czując swoje energie. Każda nowa osoba na naszej drodze może być dla nas Mistrzem, który przybywa z nauką - właśnie wtedy, gdy tego najbardziej potrzebujemy. Wpuśćmy ją do swojego życia chociaż na chwilę. Może okaże się, że przyniesie nam dar, o jakim byśmy nawet nie śmieli pomyśleć. 

wtorek, 7 stycznia 2014

Gdzie ten świat przysypany śniegiem?

Zapożyczono z Pinterest.com

Mogłoby wreszcie spać trochę śniegu, tak jak na zdjęciu powyżej. Wiem, że większość z Was będzie przeciwna - sama kiedyś byłam. Ale teraz zima bez chociaż chwili (przynajmniej dwutygodniowej!) śniegu jest dla mnie po prostu ...niespełniona.

Ale nie o sam śnieg tu chodzi, lecz bardziej o czar, jaki roztacza. Czyż świat zasypany śniegiem, dom otulony puchem czy zaszronione szyby w starych oknach ze szprosami nie wydają Wam się magiczne? Tęsknie właśnie za tą staroświecką magią. W mroźnej bieli wszystko jest takie senne, ciche, spokojne, bezpieczne i...czyste - jakbyśmy znaleźli się w zaczarowanej krainie, w której świat pięknieje i spowalania. Taki mały kontrast wobec tej szarości i pędu za oknem.

Spokojnie, nie będę narzekać. Po prostu się nieco rozmarzyłam... ;) A tymczasem u nas niemal jesienne widoki - z porannego spaceru, podczas którego słońce na chwilę zaszczyciło nas swoją osobą :)



poniedziałek, 6 stycznia 2014

Boskie Tiramisu na Nowy Rok


Jeszcze na początku grudnia obiecałam sobie, że jak tylko miną święta i wypiję noworoczną lampkę szampana, zabieram się za oczyszczanie organizmu z wszelkich toksyn, których trochę się uzbierało przez ostatnie miesiące. Miało być bez słodkości (również tych domowych), wyrobów mącznych (nawet chleba żytniego z własnego pieca) i choćby łyczka alkoholu.

Jednak jak tu zabrać się za cielesne porządki, jak właśnie kilka dni temu największy łasuch domu zaopatrzył moją lodówką w ogromną porcję mascarpone. Nie, żeby moja silna wola była aż tak słaba, ale przecież nie można pozwolić, by zepsuł się jeden z najlepszych serów świata.

A że mascarpone grzech dodawać do czegokolwiek innego niż słodkości, tradycyjnie już stanęło na boskim tiramisu - deserze idealnym, z którym zdecydowanie warto zacząć Nowy Rok. 

Poniższy przepis złożyłam z kilku różnych wersji, których zwykłam kiedyś próbować. Tym razem postawiłam na opcję niezbyt alkoholową, za to mocno kremową, bo przecież to właśnie ten krem w tiramisu jest najlepszy. Ciacho zniknęło błyskawicznie - po prostu rozpływało się w ustach. Mam nadzieję, że i Wam będzie równie mocno smakować :)


Składniki:
  • 500 g serka mascarpone
  • 4 żółtka
  • 2 białka
  • szczypta soli
  • 150 g podłużnych biszkoptów 
  • 3 łyżki cukru pudru
  • 3 łyżeczki kawy rozpuszczalnej zaparzonej w 200 ml wody
  • 20-30 ml likieru Amaretto (bądź likieru kawowego)
  • odrobina kakao do oprószenia
Żółtka zmiksować z cukrem pudrem na jasną, jednolitą, gładką masę. Dodać mascarpone i wymieszać dokładnie aż do połączenia składników. Białka ubić ze szczyptą soli na sztywną pianę, dodać do masy serowej i delikatnie wymieszać.

Zaparzoną kawę przestudzić. Pierwszą warstwę biszkoptów wyłożyć na dno pojemnika lub formy o wymiarach ok. 21 x 11 x 6 cm. Łyżeczką delikatnie wylewać kawę na poszczególne biszkopty, aż do ich częściowego nasiąknięcia. Trzeba uważać, by nie nasiąkły zbyt mocno, gdyż wtedy zrobi nam się biszkoptowa papka.

Na biszkopty wyłożyć warstwę sera - łącznie z przerwami pomiędzy biszkoptami. Ser pokryć drugą warstwą biszkoptów, które również trzeba namoczyć kawą. Następnie, na podobnej zasadzie nakładać kolejną warstwę sera, a potem znów biszkopty namoczone kawą. Ilość biszkoptów przy wymiarach formy podanych powyżej powinna starczyć na trzy pełne warsty ciastek.

Na koniec całość przykryć dokładnie masą serową i wygładzić wierzch. Pojemnik owinąć szczelnie folią i wstawić do lodówki na min. 5 godzin, aby masa stężała.

Przed podaniem wierzch ciasta delikatnie oprószyć kakao.

Smacznego! :)

sobota, 4 stycznia 2014

Jeszcze w świąteczno-noworocznym klimacie

Zapożyczone z Loft I Love
Byłam zabiegana i zalatana... przez ostatnie kilka miesięcy. Choć dla większości święta to niekończące się porządkowanie i bieganie za prezentami, dla mnie to zawsze idealny okres, by nieco odetchnąć i zdystansować się do tego, co na co dzień. Prawie dwa tygodnie wolnego pozwoliły wreszcie nabrać trochę powietrza w płuca, zwolnić i zastanowić się nad tym, co naprawdę ma znaczenie, w którym kierunku chcę zmierzać i co powinnam robić w życiu.

W codziennym pędzie podpowiedzi serca są niestety często dość mocno zagłuszane. Niby wiemy, że czas skupić się na tym, czy na tamtym, ale zawsze znajdują się ciągłe wymówki - to zmęczenie, to domowe obowiązki, to rodzina czy znajomi, to praca - sugerujące jedno: "Nie mam przecież czasu!!!". 

Nie mamy czasu na to, co najważniejsze w życiu??!! Jak to...?! A jednak - ego pięknie wyszukuje sobie kolejne ALE. A miesiące mijają niezauważenie, przemija życie, którego nawet w pełni świadomie nie doświadczamy... 

Czasem nawet kilka razy w roku muszę sobie przypomnieć, co się liczy i uświadomić sobie, jak daleko między czasie zeszłam z drogi. A łatwo jest zejść - każdy pozornie nieistotny drobiazg zaprzątający głowę może się do tego przyczynić.

Święta to dobry czas, by to wreszcie świadomie zauważyć i wrócić na właściwe tory. Tak więc wracam, tym razem mam nadzieję, że na długo :) Z kubkiem gorącej herbaty korzennej, grubymi skarpetami, ciepłym kocem, dobrą książką, porannym czasem na medytację i wieczorną energetyczną przestrzenią na czarowanie. Jest tyle do zrobienia w tym roku... Niech się dzieje! :)

Wszystkiego co najlepsze Wam wszystkim Kochane/Kochani! Kroczcie świadomie drogą swego serca przez cały ten piękny rok :)

Wasza Iv

niedziela, 7 kwietnia 2013

W zgodzie z przyrodą


Dzisiejszy świat pędzi nieubłaganie nie wiadomo właściwie dokąd. Dla większości ludzi to co dzisiaj rzeczywiście ma znaczenie, to posiadanie i gromadzenie, dostatek oparty na konsumpcjonizmie, niekończąca się moda na rzeczy coraz to nowsze, lepsze i z najwyższej półki. Bo nie wystarczy coś, co będzie dobrze służyć, ale trzeba czegoś, co uczyni ich "lepszymi", co pozwoli się "pokazać" i zaistnieć w sieci społecznych uwarunkowań... I ostatecznie uganiają się za czymś, czego tak naprawdę nie potrzebują, starając się o uznanie osób, których tak naprawdę nawet nie lubią.

Dokąd ten świat zmierza? Jak z takim podejściem będzie wyglądał za 20-30 lat? Z tempem, jakie mamy już dzisiaj, trudno mi sobie wyobrazić jego kontynuację w przyszłości. Coś musi się zmienić...

Właściwe to już się zmienia... Ludzkość się budzi, powoli i stopniowo, ale jednak... Ludzie zaczynają szukać poza systemem konsumpcjonizmu. Wyzwalają się spod jarzma, które narzucił nam współczesny świat i powracają do... natury, do tego co przeszłe i pierwotne. Bo w  tym widzą sens, nadzieję, zdrowie i...wolność.

Każdy z nas musi się zastanowić, co tak naprawdę ma dla niego znaczenie. Kto i co jest ważne w naszym życiu. Co nas uszczęśliwia i czego tak naprawdę pragniemy?

Już dawno temu zadałam sobie wszystkie te pytania i okazało się, że dla mnie szczęściem nie jest ani zawrotna kariera, którą mogłam zrobić, ani pęd wielkich miast, w których przyszło mi żyć. To również nie uznanie ludzi, którzy ciągle jeszcze tkwią w materialistycznym amoku.

Zrezygnowałam z wszystkiego tego, co dla większości ludzi ma znaczenie, i poszłam za głosem serca... Zaczęłam życie w zgodzie z przyrodą - korzystając z tego, czym obdarza nas natura, czerpiąc radość z prostoty życia i ciesząc się efektami pracy własnych rąk. Postawiłam na samowystarczalność - tak dużą, na jaką pozwala dzisiejszy świat i na jaką ja mogę sobie pozwolić w chwili obecnej. I choć to dopiero początek mojej drogi, której ciągle się uczę, już teraz wiem, że to najlepszy sposób na życie.

Wyobraźcie sobie rzeczywistość, w której jesteście panem swojego losu. Gdzie to Wy decydujecie, co, jak i gdzie. Nie jesteście zależni od pieniędzy ani od innych ludzi. Wasze relacje opierają się na współpracy i partnerstwie, a niemal wszystko jesteście w stanie osiągnąć pracą własnych rąk. Wizja może nieco utopijna, a jednak możliwa... Potrzebujemy tylko skrawka...ziemi. Ziemi? - spytacie. Tak, bo gdy się tak głębiej zastanowić, to właśnie ona daje prawdziwą wolność - trzeba tylko umieć z tego umiejętnie skorzystać. 

Wielu z nas pracuje kilkanaście godzin dziennie, żeby mieć pieniądze - czy to na jedzenie czy inne podstawowe potrzeby. Wmówiono nam, że nie mamy wyjścia, że to jedyne rozwiązanie, by przetrwać. Jednak, gdy nie mamy wygórowanych potrzeb, kawałek własnego ogródka może uwolnić nas od wielu zależności dzisiejszego świata. Rozejrzyjcie się tylko dookoła, przyjrzyjcie się bogactwu przyrody, która codziennie ofiarowuje nam ogromne dary. Wystarczy, że zaczniemy uprawiać swój własny kawałek ziemi - tak jak robili to nasi przodkowie przecież jeszcze nie tak dawno temu - że będziemy korzystać z naturalnych dobrodziejstw, jakie daje nam przyroda - takich jak zioła, polne kwiaty i inne dzikie rośliny.

Jeżeli nie mamy swojej własnej ziemi czy ogródka, wystarczy nawet kilka donic na balkonie czy dzika łąka za miastem, by zacząć... A zacząć warto, bo własne jedzenie to nie tylko namiastka wolności, ale również pewność, że to co jemy, jest naprawdę zdrowe - bez żadnych chemikaliów, pestycydów, modyfikowanych genetycznie nasion itp. A do tego stworzone z miłością, która po stokroć przejawi się w naszym codziennym życiu. 

Gdy już raz się spróbuje, nie można przestać. Nic nie równa się w pełni naturalnym, własnoręcznie wyhodowanym uprawom. Dzisiaj nie wyobrażam sobie życia bez własnych ziół, warzyw czy innych roślin - wszystkiego tego, czym tak hojnie obdarza nas przyroda. Świeża sałatka z zieloności i kwiatów, które zbieram o poranku we własnym ogrodzie, herbata z kwiatów lipy kwitnącej przy domu czy sok z brzozy rosnącej na działce... To 100% naturalne skarby, których nie znajdziemy w żadnym sklepie.

Stajemy się tym, co jemy, warto więc o to zadbać... W zgodzie z przyrodą i samym sobą. Wiosna to najlepszy okres, by podjąć pierwsze próby. Wykorzystajmy więc to - świadomie i z radością! :)


sobota, 6 kwietnia 2013

Szycie jest Piękne - Tildowa Anielica


Tildowe Anioły... Misterne, rękodzielnicze dokonania pełne osobistego uroku i dobrej energii. Czy ktoś z Was też się nimi kiedyś zachwycał?

Oj, długo marzyła mi się taka Anielica. W końcu jak na co dzień swatałam się z aniołami, to i do domu chciało się wprowadzić anielskiego ducha, by samą swoją obecnością rozsiewał pozytywną energię i dobre wibracje.


Obiecałam sobie, że sama ją kiedyś uszyję - w końcu nie ma to, jak popełnić swoje własne dzieło - choć o szyciu nie miałam zielonego pojęcia. Oczywiście na obietnicach się skończyło, minęło sporo czasu, a zauroczenie tildowymi zabawkami pozostało... nienasycone - do zeszłego tygodnia...

A wszystko dzięki Magdzie, prawdziwej Anielicy stąpającej po ziemi... :)


Magda na co dzień robi właśnie takie cudeńka - z pasją i miłością wyczarowując ze skrawków materiałów piękne, misternie dopracowane arcydzieła. Jej dokonania możecie podziwiać na blogu Przestrzeń Szycia, do zajrzenia na który serdecznie Was zachęcam :) Ja zachwycam się nieprzerwanie i oczu nie mogę nacieszyć. I z podziwem patrzę na ludzi, którzy z pasją robią to, co sprawia im największą radość - według mnie to prawdziwy klucz do szczęścia.

Kochana, dziękuję Ci z całego serca!  :)



sobota, 23 lutego 2013

Bezy waniliowe


Czasami mam ochotę na coś ekstremalnie słodkiego. I choć z reguły nawet przy słodkościach wolę zachować chociaż częściowo zasady zdrowego odżywania (np. stosować mąkę razową zamiast zwykłej czy miód zamiast cukru), są takie dni, kiedy umysł woła o najmniej wybaczalny łakoć.

Pozwalając sobie na odrobinę słabości, poszłam dzisiaj za głosem głowy (trudno tu mówić o głosie ciała, o sercu już nie wspominając ;) ) i zdecydowałam się na bezy waniliowe - delikatne, rozpływające się w ustach, ...do bólu przepełnione cukrem. 

Idealna, prosta i szybka słodycz w sam raz na poprawienie nastroju w kolejny szary weekend. Dodać do tego wytrawną, korzenną kawę i potrzeby podniebienia są w pełni zaspokojone ;) Już tradycyjnie dorzucę do tego jeszcze dobrą książkę i troski minionego tygodnia odchodzą w niepamięć, pozostawiając przestrzeń na to, co naprawdę ma znaczenie... Trzeba tylko uważać, bo bezy bardzo szybko znikają ;)


Składniki:
  • 4 białka
  • szczypta soli
  • 1 łyżeczka soku z cytryny
  • kilka kropli aromatu waniliowego 
  • 250 g cukru pudru

Białka ubić na sztywną pianę, dodając szczyptę soli. Ubijać na najwyższych obrotach, aż białka będą naprawdę sztywne - do czasu aż miskę z pianą będzie można odwrócić do góry dnem, bez obaw, że coś wypłynie. Dodać sok z cytryny oraz aromat waniliowy i całość ubić. Stopniowo - po jednej łyżce - dodawać cukier puder, cały czas miksując.

Na blachę wyłożoną papierem nakładać łyżką gotowe białko, zostawiając spore odstępy między bezowymi kleksami. Można oczywiście wykorzystać rękaw cukierniczy, by nadać bezom bardziej wyrafinowany kształt -  ja wolę jednak prostotę, szczególnie w kuchni ;)

Piec w 140°C przez ok. 45 minut - w zależności od wielkości bez. Wyjąć z pieca i pozostawić do wystygnięcia.

Smacznego :)

Przepis zaczerpnięty z bloga Moje Wypieki.


czwartek, 14 lutego 2013

Weekendowe ładowanie baterii


Weekend to najlepszy moment, żeby doładować zmęczone ciało, umysł i ducha. Po intensywnym tygodniu, ciągłym zalataniu, stosie spraw do załatwienia i tysiącu myśli na minutę - przychodzi czas na ukojenie, złapanie oddechu, zanurzenie się w ciszy lasu i odgłosach natury, zastanowienie... 

I choć jeszcze wiosny nie widać tak wyraźnie, jakbym już chciała, świat urzeka swym pięknem. I aż chce się żyć, biec przed siebie nieprzerwanie i krzyczeć z radości - gdy to niezwykłe piękno i moc zaczynam czuć również w... sobie.

Wyrównuję energie, wibracje się podnoszą i nareszcie na nowo zaczynam czuć prawdziwą siebie. Wróciłam...

W oczekiwaniu na kolejne Thetowanie, odrobina jeszcze ciągle zimowego klimatu ;)




sobota, 9 lutego 2013

Znaleźć TO coś!


Od dłuższego już czasu zabierałam się za napisanie tego posta. Odwlekałam i odwlekałam… Nie czułam się wcześniej gotowa, aby w pełni podjąć tutaj "ten" temat. Ale wreszcie... chcę Wam napisać o czymś, co zmieniło i nieustannie zmienia moje życia, co otworzyło drzwi do "światów" i możliwości, o których wcześniej czytałam tylko w książkach.

Czy choć raz w swoim życiu doświadczyliście potrzeby poszukiwania TEGO czegoś - tej jednej "magicznej" rzeczy, która wyjaśni wszystko? Ja przez większość mojego życia czegoś szukałam. Nie wiedziałam jeszcze czego, ale intuicyjnie czułam, że to gdzieś jest.

W poszukiwaniach tych przestudiowałam setki książek, zgłębiałam filozofie i mistycyzm świata, od jednej metody przechodziłam do drugiej, czując że to ciągle nie to. Intuicyjnie wybierałam i odrzucałam kolejne opcje, z których tylko niektóre prowadziły o krok dalej. Nadal jednak gdzieś w sercu wiedziałam, że to za mało, że to tylko namiastka czegoś większego - czegoś ogromnego, co cierpliwie czeka, aż dojrzeję - aż wzrosnę na tyle, by objąć je swoją istotą i zrozumieć - odważnie, bez żadnych oporów i wątpliwości.

Wreszcie pewnego dnia trafiła w moje ręce książka. Nieprzypadkowo - jak zwykle... Wystarczyło jedno spojrzenie na okładkę, bym podświadomie wiedziała, że to jest właśnie TO! Zaczęłam czytać i choć początkowo niewiele rozumiałam, czułam, że mam ją zgłębiać, studiować, zrozumieć - bo to jest to, czego szukałam całe życie - klucz do drzwi! 

Jeszcze nie skończyłam czytać książki, a trafiłam na kursy prowadzone właśnie w oparciu o to, co czytałam w książce. Choć nie jestem zwolenniczką uczestniczenia w coraz to nowych, "niesamowitych" warsztatach, coś uparcie mówiło mi, że na tym kursie muszę być, a potem na kolejnym, i kolejnym...

I tak rozpoczęła się moja droga z... Theta Healing, a dokładniej - z DNA Theta Healing, niezwykłą metodą, której twórczynią jest Vianna Stibal. 

Theta Healing polega na osiągnięciu boskiego stanu świadomości - stanu Theta, który poprzez połączenie z energiami o najwyższych wibracjach, pozwala poruszać, zmieniać i natychmiastowo uzdrawiać na poziomie fizycznym, duchowym, emocjonalnym i mentalnym. To prosty i idealny sposób na odkrycie prawdziwej boskości w sobie i przejawianie jej na co dzień w otaczającym nas świecie. To odnalezienie w sobie Boga, Anioła i Człowieka - w jednym oraz poczucie Jedności ze wszystkim, co nas otacza.

Za pomocą swojej wewnętrznej intuicji, bezwarunkowej miłości i medytacji w stanie Theta, łączymy się ze Stwórcą Wszystkiego Co Istnieje, Najwyższą Energią, Absolutem, Bogiem..., czy jakkolwiek inaczej pragnęlibyście go nazwać. Dzięki zmianie naszych fal mózgowych i odpowiedniej intencji, stajemy się świadkiem i obserwatorem natychmiastowego uzdrowienia dokonywanego przez Stwórcę. 

Choć brzmi to niewiarygodnie, każdy z nas posiada wrodzone zdolności, które mogą pomóc w uzdrowieniu zarówno siebie, jak i innych. Nie ma żadnych ograniczeń. Wszystko zależy tylko od tego, jak bardzo jesteśmy gotowi być świadkiem uzdrowienia i w jakim stopniu jesteśmy w stanie uwierzyć w Stwórcę i przede wszystkim w... siebie.

Mam nadzieję, że choć trochę Was zaintrygowałam. Dziś tylko wprowadzenie, przy następnej okazji opowiem Wam dokładniej, na czym cały ten "bajzel" polega ;)

A tymczasem... trzymajcie się ciepło!

piątek, 8 lutego 2013

Z pierwszym oddechem wiosny


Chociaż lubię zimę, coraz częściej z utęsknieniem zaczynam wyszukiwać oznak zieleni wśród zmrożonego, obsypanego białym puchem świata. Dziś wreszcie wyszło nieśmiało zza chmur pierwsze od dawna słońce - energetyzując, wzmacniając i wywołując wiosenny, długo oczekiwany uśmiech na twarzy - mimo, iż do wiosny ciągle daleko...

Ale już się chce, już czuć ją przy tych pierwszych odwilżach, gdy świat paruje, a romantyczna mgła unosi się nad horyzontem i ten zapach powoli zbliżającego się odrodzenia - taki charakterystyczny i świeży. Świat zaczyna oddychać, a wraz z nim oddechu nowego życia nabieram i ja.


Ożywają pierwsze wiosenne trele ptaków. Rośliny szykują się do startu, by wypuścić pierwsze, zziębnięte pączki liści. Cała przyroda staje na mecie i cierpliwie czeka na ostateczny sygnał, by wybuchnąć energią barw, zapachów i dźwięków. Czekam i ja. Jeszcze tylko chwilkę, jeszcze troszeczkę...

Nam wszystkim życzę jeszcze odrobinę cierpliwości :)



czwartek, 24 stycznia 2013

Zimowa imbirówka i rozgrzewająca "killerka"


Zimowa imbirówka z cytryną i cynamonem

Gdy na dworze zimno i policzki marzną podczas porannych spacerów po lesie, miło jest rozgrzać się po przyjściu z mroźnego i białego dworu. Jednym z moich najlepszych sposób na dogrzanie wyziębniętego ciałka jest imbirówka, czyli napój imbirowy na gorąco z cytryną, miodem i cynamonem. Niesamowicie poprawia nastrój, rozgrzewa ciało i uspokaja umysł. Dodatkowo działa niezwykle oczyszczająco i detoksykująco. Wystarczy jedna gorąca filiżanka tej herbaty dziennie, by poczuć lekkość na żołądku i  w całym ciele.


Składniki:
  • 1,5 litra wody
  • 1/2 łyżeczki cynamonu mielonego
  • ok. 1 cm kawałek świeżego imbiru (można więcej, jeżeli lubicie ostrzejsze smaki)
  • 1/2 cytryny 
  • miód do smaku
  • plasterek pomarańczy do smaku

Wodę zagotować. Do wrzącej wody dodać cynamon i pomieszać. Na tarce o małych oczkach zetrzeć korzeń imbiru, dodać do wrzątku i pomieszać. Dodać obraną ze skórki i pokrojoną na plasterki cytrynę. Całość pomieszać i gotować pod przykryciem ok. 4 minuty.

Zdjąć z ognia, przelać do filiżanek (najlepiej przez sitko) i posłodzić do smaku miodem. Miód jest tutaj nieodzowny - nawet dla tych, którzy z reguły nie słodzą. Na koniec udekorować plasterkiem pomarańczy.


"Killerka" - rozgrzewający napar imbirowy *

Dla odważnych i zwolenników bardziej wytrawnych smaków, polecam silnie rozgrzewający napar imbirowy, który jest idealnym antidotum na pierwsze objawy przeziębienia, osłabienia czy wyziębienia organizmu. To również pomocny środek przy bólach żołądka, wzdęciach i mdłościach. Choć w smaku początkowo może być ciężki do zniesienia - im dłużej się go piję, tym łatwiej się do niego przyzwyczaić. Z czasem da się go nawet polubić ;) Zapewniam Was jednak, iż pomimo tak specyficznego smaku, warto go wypróbować i na stałe wprowadzić do swojej naturalnej apteczki - nic lepiej nie pomaga pozbyć się przeziębienia niż ta przedziwna mikstura.   

Składniki:
  • 1,5 szklanki wody
  • 1 łyżeczka tymianku
  • 1 łyżeczka lukrecji
  • 1/2 łyżeczki imbiru mielonego

Wodę zagotować. Do wrzącej wody dodać tymianek i zamieszać. Wsypać lukrecję i zamieszać. Dodać mielony imbir i zamieszać. Całość gotować pod przykryciem (trzeba jednak uważać, żeby nie wykipiała) ok. 5 minut. Pić zawsze świeżą na 30 minut przed lub godzinę po posiłku.
Nie stosować jej w czasie przyjmowania antybiotyków lub leków hormonalnych.


 * zapożyczone z książki "Filozofia Zdrowia", Anna Ciesielska.


niedziela, 20 stycznia 2013

Naturalna moc imbiru


Z dobrodziejstw imbiru korzystam namiętnie przez cały rok, jednak w zimie nie wyobrażam sobie ani jednego dnia  bez tego ostrego, wręcz palącego specyfiku, który okazuje się być prawdziwym skarbem natury. I choć najwyżej ceniony jest jako przyprawa kuchni orientlanej, przeze mnie wykorzystywany jest również ze względu na jego szeroki zakres właściwości zdrowotnych.

W medycynie chińskiej, gdzie stosowany jest od tysięcy lat, jak również w kuchni Pięciu Przemian, uchodzi za element "gorący" - rozgrzewający organizm i powodujący ogień w ciele. Najlepszy oczywiście w formie korzenia, jednak i sproszkowany spełnia swoją cudowną rolę.  


Imbir wykorzystywany jest przede wszystkim jako rewelacyjny środek na przeziębienie czy przemarznięcie.  Jak mało co, posiada niezwykłe właściwości ogrzewające i rozpraszające zastój i zimno w naszym organiźmie.  Nic nie rozgrzewa bardziej niż gorącą herbatka imbirowa z tymiankiem i lukrecją, nazywana -  przez Annę Ciesielską, autorkę książki "Filozofia Zdrowia" - "killerką", od swego prawdziwie mocnego, ostrego smaku. Gdy tylko pojawią się u nas pierwsze oznaki przeziębienia, wystarczy jedna filiżanka tego intensywnego naparu, abyśmy pozbyli się kaszlu i kataru oraz znowu poczuli wewnętrzną równowagę i pełnię sił.

Ta niezwykła roślina ma również działanie oczyszczające - usuwa toksyny i złogi z organizmu, a wspomagając oczyszczanie, przyspiesza spadek wagi. Dzięki olejkom zawartym w kłączu ułatwia trawienie, dlatego imbir z sukcesem wykorzystywany jest przy bulach brzucha, wzdęciach a nawet porannych mdłościach podczas ciąży - kawałek kandyzowanego imbiru na czczo potrafi zdziałać cuda.

Poza tym, dzięki dużej zawartości magnezu redukuje bóle mięśni i skurcze. Jego regularne stosowanie łagodzi również bóle główy oraz stany migrenowe.


My, kobiety mamy z niego jeszcze jeden ogromny pożytek. W naturalny sposób zmniejsza bóle miesiączkowe oraz pierwsze objawy napięcia przedmiesiączkowego. Dlatego szczególnie w tym okresie warto pić herbatę imbirową, a do potraw dodawać spore ilości tej przyprawy.

Podobno pobudza również organy płciowe. Tam, gdzie rośnie, czyli w tropikalnej Azji, używany jest jako silny afrodyzjak.

Dla mnie ma jeszcze jedną cenną właściwość - dodany wraz z kardamonem i cynamonem do gotującej się kawy nadaje jej wyjątkowy smak i aromat. A co więcej, odrobina tej sproszkowanej przyprawy w gotowanej, pięcioprzemianowej kawie niweluje jej szkodliwe właściwości. Tracąc swoje silne, toksyczne i pobudzające działanie, staje się aromatycznym eliksirem dla prawdziwych smakoszy.

Stosując imbir w naszym codziennym życiu, możemy sobie pomóc przy wielu dolegliwościach. Najważniejsze jednak, to pamiętać, że każdy ból, każdy fizyczny problem, który pojawia się w naszym organiźmie, to tylko efekt czegoś głębszego. Naturalne środki, takie jak imbir, tylko na chwilę pomagają usunąć objawy  (podobnie zresztą jak tabletki - tyle, że te mogą jeszcze poważnie zaszkodzić). Dlatego jeśli nie znajdziemy ich źródła, które z reguły tkwi głęboko w naszych emocjach, myślach, przekonaniach lub nawykach, problem prędzej czy później powróci.

Wszelkie fizyczne dolegliwości to język ciała. To właśnie poprzez nie ciało daje nam sygnał - próbuje zwrócić naszą uwagę, że coś gdzieś jest nie tak. Dopiero dotarcie do przyczyny tej dolegliwości i praca z nią (przyczyną) może w pełni, raz na zawsze uwolnić nas od problemu. Pamiętajmy o tym rozkoszując się niezwykłymi właściwościami imbiru i wielu innych wspaniałych roślin!


sobota, 5 stycznia 2013

"Plemię Wielu Kolorów. Przesłanie dla Ludzkości", Kiesha Crowther


W trosce o Matkę Ziemię jak i prawdę o nas samych, polecam Wam niezwykłą pozycję. Nie tak dawno za sprawą wydawnictwa Biały Wiatr pojawiła się na naszym rynku kolejna książka z serii Starszyzna Kobiet. Niestety nie miałam jej jeszcze w rękach, ale z pewnością warta jest uwagi.

Keisha Crowther, nazywana „Małą Babcią”, od dziecka otrzymywała bezpośrednie nauki od Ducha i Matki Ziemi. Została uznana szamanką oraz przeszła inicjację w wieku trzydziestu lat. Od wielu lat odprawia ceremonie lecznicze dla Matki Ziemi i dzieli się przesłaniem oraz naukami, które jej powierzono z ludźmi na całym świecie. Ta książka to sposób na przekazanie niezwykłych nauk również nam.  


O KSIĄŻCE (za wydawcą)

Na stronach tej książki odnajdziesz historię, która poruszy twoje serce, a także przesłanie, które, mamy nadzieję, rozpali w tobie ogień – namiętny płomień miłości do Matki Ziemi. Celem książki jest ponownie wzniecić w tobie tkwiącą głęboko pamięć o tym, kim naprawdę jesteś. Ty, który czytasz te słowa, jesteś kimś znacznie większym, niż kiedykolwiek mogłoby ci się wydawać. Naprawdę, jesteś boską istotą, która może zmienić przyszłość i ma moc odmienić rzeczywistość. Możesz stać się Miłością i żyć wychodząc z przestrzeni serca, dzięki czemu uzdrowisz siebie, innych oraz Matkę Ziemię. Oto istota przesłania, które polecono przekazać Małej Babci właśnie teraz, gdy ludzkość stoi u progu niezwykłej, duchowej przemiany, jaka zgodnie z przepowiedniami niemal wszystkich starożytnych i rdzennych kultur, ma nastąpić na Ziemi w tym czasie.

Podczas gdy wszędzie wokół dostrzegamy chaos, nierównowagę i zagrożenia, wynikające ze sposobu, w jaki dotychczas żyliśmy na Ziemi oraz przeczuwając, że znajdujemy się w ewolucyjnym punkcie zwrotnym, oczy świata zwracają się ku posłańcom i strażnikom mądrości, którzy pozostają w bezpośrednim kontakcie z Duchem, z samą Ziemią oraz źródłami starożytnej mądrości. Źródła te opisują zmiany, które wedle przepowiedni mają niebawem nastąpić oraz obrazują i przedstawiają to, co może nastąpić. Choć nikt na planecie nie wie dokładnie co, ani kiedy się wydarzy, niektórym istotom powierzono specjalne zadania oraz przekazano specyficzne informacje, którymi właśnie teraz mają się podzielić. Mała Babcia to jedna z tych istot, którą Duchy poprosiły o przekazanie wiadomości wielkiej wagi i mocy, wiadomości dla Plemienia Wielu Kolorów – dla nas wszystkich, dzieci Matki Ziemi. Mamy nadzieję, że ta książka pomoże wielu ludziom obudzić i otworzyć serca, a także zainspiruje nas, byśmy podążali za wezwaniem miłości do Matki Ziemi; wezwaniem niezmierzonego piękna, które czeka na nas, gdy przypomnimy sobie, kim jesteśmy.


Po więcej informacji zapraszam Was na stronę wydawnictwa Biały Wiatr.

środa, 2 stycznia 2013

Mądrość życiowa

Zapożyczone z: www.facebook.com

Jedna z tych przypowieści, do których nie trzeba dodawać choćby słowa. Jakże prawdziwa... Mam nadzieję, że zainspiruje Was na początek nowego roku i pozwoli odnaleźć swoją własną drogę w tym Nowym Świecie.

Znany amerykański doradca inwestycyjny siedział na przybrzeżnej skałce w małej meksykańskiej wiosce, gdy do brzegu przybiła skromna łódka z rybakiem. W łódce leżało kilka wielkich tuńczyków. Amerykanin, podziwiając ryby, spytał Meksykanina:
- Jak długo je łowiłeś?
- Tylko kilka chwil.
- Dlaczego nie łowiłeś dłużej - złapałbyś więcej ryb?
- Te, które mam całkiem wystarczą na potrzeby mojej rodziny.
Amerykanin pytał dalej:
- Na co więc poświęcasz resztę czasu?
- Śpię długo, trochę połowię, pobawię się z dziećmi, spędzę sjestę z moją żoną, wieczorem wyskoczę do wioski, gdzie siorbię wino i gram na gitarze z moimi amigos - pędzę wypełnione zajęciami i szczęśliwe życie.
Amerykanin zaśmiał się ironicznie i rzekł:
- Jestem absolwentem Harvardu i mogę ci pomóc. Powinieneś spędzać więcej czasu na łowieniu, wtedy będziesz mógł kupić większą łódź, dzięki niej będziesz łowił więcej i będziesz mógł kupić kilka łodzi. W końcu dorobisz się całej flotylli. Zamiast sprzedawać ryby za bezcen hurtownikowi, będziesz mógł je dostarczać bezpośrednio do sklepów, potem założysz własną sieć sklepów. Będziesz kontrolował połowy, przetwórstwo i dystrybucję. Będziesz mógł opuścić tę małą wioskę i przeprowadzić się do Mexico City, później Los Angeles, a nawet do Nowego Jorku, skąd będziesz zarządzał swoim wciąż rosnącym biznesem.
Meksykański rybak przerwał:
- Jak długo to wszystko będzie trwało?
- 15, może 20 lat.
- I co wtedy?
Amerykanin uśmiechnął się i stwierdził:
- Wtedy stanie się to, co najprzyjemniejsze. W odpowiednim momencie będziesz mógł sprzedać swoją firmę na giełdzie i stać się strasznie bogatym, zarobisz wiele milionów.
- Milionów? I co dalej?
- Wtedy będziesz mógł iść na emeryturę, przeprowadzić się do małej wioski na meksykańskim wybrzeżu, spać długo, trochę łowić, bawić się z dziećmi, spędzać sjestę ze swoją żoną, wieczorem wyskoczyć do wioski, gdzie będziesz siorbał wino i grał na gitarze ze swoimi amigos...

poniedziałek, 31 grudnia 2012

Przyszłość jest w nas


Koniec roku to czas, kiedy mamy tendencję do analizowania i wspominania minionych 12 miesięcy ze swojego życia, ostatnich sukcesów, porażek, zrealizowanych planów i niespełnionych marzeń. To również czas, gdy z nadzieją zaglądamy w przyszłość, wierząc, że nowy rok przyniesie nam coś dobrego, wprowadzi zmiany i uzdrowi wszystkie niedoskonałości minionego okresu. 

Wiara jest pomocna, jednak to, czego doświadczymy w najbliższym roku - przyszłość, która zawita na próg naszej duszy, zależy tylko i wyłącznie od nas. Przyszłość zmienia się i ewoluuje zgodnie z tym, jak zmieniamy się i ewoluujemy my. Nie jest z góry ustalona. Nie ma wyznaczonych ścieżek. To dopiero my naszymi własnymi emocjami i myślami kreujemy naszą własną drogę - jedyną właściwą z tysiąca dostępnych, bo w tu i teraz.

Czym właściwie jest przyszłość?

Przyszłość leży wokół nas niczym olbrzymia trójwymiarowa pajęcza sieć o wielu niciach, a my znajdujemy się w jej centrum. Przyszłość nie jest czymś, co przychodzi do nas z zewnątrz. Nici tej sieci pochodzą z naszego własnego serca. Są one tworzone przez nasze bezustanne myśli i uczucia. Nasze wewnętrzne stany i różne emocjonalne wahania stwarzają niezliczone możliwe linie czasu.

Nie trzeba robić nic specjalnego, by to zaistniało. Dzieje się to po prostu dlatego, że jesteśmy słońcem, które samoistnie promieniuje na zewnątrz. W naszej naturze leży bycie Twórcą. Właśnie teraz poprośmy przyszłość - tę całą sieć linii czasu - aby pokazała nam nić, która właśnie w tej chwili świeci dla nas najjaśniej. Spytajmy: "Na czym mam się teraz skupić? W jakim kierunku mam teraz podążyć, aby móc wkroczyć w tę piękną i promienną przyszłość? Czego mam być teraz świadom/-a, w tym konkretnym momencie mojego życia?" Z centrum słońca, którym jesteśmy, przyjdzie odpowiedź, bądźmy na nią po prostu otwarci. Nasza dusza chce nas uspokoić  i zachęcić, byśmy połączyli się z pełną mocy, piękną przyszłością, która już czeka uśpiona wewnątrz naszej istoty.

Bądźmy świadomi, z jaką łatwością  ta przyszłość do nas przyjdzie. Nie musimy się o nią starać, czy nad nią pracować. Po prostu pozostańmy w Teraz. Poczujmy w swoim sercu, jak energia tej pięknej, jasnej przyszłości staje się częścią nas samych. W ten sposób przyciągniemy ją do siebie z większą łatwością. Poczujmy tą przepiękną przyszłość w naszym sercu i obudźmy ją poprzez czyste radowanie się nią. Bądźmy otwarci na jej wspaniałą wibrację. Niech rozkwitnie w naszym sercu, poczujmy ją w swoich dłoniach, i poprzez nasze otwarte dłonie pozwólmy jej  wpłynąć w głąb Ziemi. Gdy się to stanie, nasza przyszłość w naturalny sposób wypuści korzenie. Miejmy do nie zaufanie i pewność i odczujmy głęboko w sobie moc naszego słońca. Poczujmy je w swoim sercu, poczujmy je w swoim brzuchu, poczujmy je w swoich nogach. Pozwólmy tej słonecznej mocy uziemić się poprzez nasze stopy.

Żegnając w miłości, pokoju i akceptacji obecny rok, życzę Wam z głębi duszy, byście w 2013 roku odnaleźli nić, która świeci dla Was najjaśniej. Miejcie odwagę podążać nią zgodnie z głosem Waszego serca, nieprzerwanie wzrastając i odkrywając boskość swojej istoty.


Częściowo zapożyczone z www.jeshua.net
Z przekazu Pameli Kribbe

czwartek, 27 grudnia 2012

Wewnętrzne wzniesienie

Zapożyczone z: www.facebook.com
Wiele się działo przez ostatni okres. Energie się zmieniały, emocje szalały, a wraz z nimi zmieniała się wibracja nie tylko nasza, ale i całej Ziemi. Istoty Światła dzielnie pomagały nam przejść ten czas w spokoju i miłości, zakotwiczając boskie energie w naszym wymiarze. 

Był to intensywny czas dla nas wszystkich, gdzie trzeba było zmierzyć się z własnymi wewnętrznymi słabościami, strachem i obawami. Minione trzy dni ciemności, o których tak licznie wszędzie się rozpisywano, nie były stawieniem czoła nadchodzącemu końcu świata, lecz stanięciem twarzą w twarz z własnymi, głęboko ukrytymi demonami - ciemnością w nas samych.

To koniec starego, kiedy głównym naszym celem było i jest uwolnienienie się od niskich energii takich jak: złość, żal, gniew, smutek, zazdrość, zawiść, strach, lęk - na wszelkich płaszczyznach, w odniesieniu do obszarów dotyczących zarówno tego życia, jak i miniononych wcieleń. 

Ten oczyszczający proces trwa nadal i potrwa tak długo, jak długo każdy z nas indywidualnie będzie tego potrzebował oraz jak bardzo na to przyzwolimy. Wszelkie negatywne emocje, którymi dotychczas tak łatwo się karmiliśmy, zostają uwolnione, a w ich miejsce wchodzi czysta, bezwarunkowa miłość, współodczuwanie, poczucie jedności i ukierunkowanie na boską energię Światła. 

Choć sami może do końca nie zdajemy sobie z tego sprawy, nasza własna energia ulega wzniesieniu. Gdy w skupieniu wsłuchamy się w siebie lub spokojnie przyjrzymy się światu dookoła, zaobserwujemy, że energie zmieniają się wszędzie - że światło o poranku jest jakby jaśniejsze, że powietrze za oknem dziwnie drga, że miejsca, które dotychczas były znajome i przyjazne, budzą lekki niepokój, wydając się dziwnie obce...

Wibracja Ziemi się podnosi, a wraz z nią wzrastamy również my, zestrajając się z częstotliwościami wyższych wymiarów. Otwórzmy drzwi do naszych serc, a otworzymy wrota do kolejnych poziomów naszej boskiej egzystencji - do tego, kim naprawdę jesteśmy. Mamy w sobie nieograniczoną moc - wystarczy pozwolić... Wszechświat i Pracownicy Światła tylko czekają, by nam pomóc. 

niedziela, 16 grudnia 2012

Cud zimowego poranka

Zapożyczone z: www.facebook.com 

Wykorzystać każdą wolną chwilę na czas spędzony sam na sam ze sobą. Odnaleźć siebie w gonitwie codzienności, pracy i przyziemnych obowiązków - nie jest łatwo, a jednak...

Jeden z tych spokojnych, zimowych weekendów, kiedy nic nie musisz. I co z tego, że święta już tuż tuż i trzeba by zająć się domowymi porządkami. Najpierw trzeba zrobić porządek w sobie. Tak więc na spokojnie, wykorzystując pierwszą wolną chwilę od dawna, rozkoszuję się porankiem dnia - sennie, leniwie, powoli. 

Biała, zimowa aura za oknem dopełnia klimatu. Spowalnia dusza, tak jak spowolnił i ucichł cały świat pod grubą pierzyną śniegu. Ta cisza koi zmysły i uspokaja umysł.

Grube skarpety, ciepły wełniany sweter i...gar z czarną, aromatyczną mazią, która gotuje się na piecu. Zapach świeżo zmielonej kawy z garścią cynamonu, imbiru i szczyptą kardamonu zniewala, rozchodząc się przyjemnie po całym domu. Magia zimowego poranka zaczyna działać.

Do tego dodać drewno wolno skwierczące w kominku, płomienie muskające swym ciepłem domowy chłód i wielki, wygodny fotel, który zaprasza, by się w niego zanurzyć. Tak niewiele potrzeba, by rozkoszować się błogością nowego dnia. 

Ciepły, zimowy koc, kubek gorącej kawy i można zanurzyć się w siebie, spokojnie, powoli, bez wyrzutu...