Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiara. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiara. Pokaż wszystkie posty

sobota, 9 lutego 2013

Znaleźć TO coś!


Od dłuższego już czasu zabierałam się za napisanie tego posta. Odwlekałam i odwlekałam… Nie czułam się wcześniej gotowa, aby w pełni podjąć tutaj "ten" temat. Ale wreszcie... chcę Wam napisać o czymś, co zmieniło i nieustannie zmienia moje życia, co otworzyło drzwi do "światów" i możliwości, o których wcześniej czytałam tylko w książkach.

Czy choć raz w swoim życiu doświadczyliście potrzeby poszukiwania TEGO czegoś - tej jednej "magicznej" rzeczy, która wyjaśni wszystko? Ja przez większość mojego życia czegoś szukałam. Nie wiedziałam jeszcze czego, ale intuicyjnie czułam, że to gdzieś jest.

W poszukiwaniach tych przestudiowałam setki książek, zgłębiałam filozofie i mistycyzm świata, od jednej metody przechodziłam do drugiej, czując że to ciągle nie to. Intuicyjnie wybierałam i odrzucałam kolejne opcje, z których tylko niektóre prowadziły o krok dalej. Nadal jednak gdzieś w sercu wiedziałam, że to za mało, że to tylko namiastka czegoś większego - czegoś ogromnego, co cierpliwie czeka, aż dojrzeję - aż wzrosnę na tyle, by objąć je swoją istotą i zrozumieć - odważnie, bez żadnych oporów i wątpliwości.

Wreszcie pewnego dnia trafiła w moje ręce książka. Nieprzypadkowo - jak zwykle... Wystarczyło jedno spojrzenie na okładkę, bym podświadomie wiedziała, że to jest właśnie TO! Zaczęłam czytać i choć początkowo niewiele rozumiałam, czułam, że mam ją zgłębiać, studiować, zrozumieć - bo to jest to, czego szukałam całe życie - klucz do drzwi! 

Jeszcze nie skończyłam czytać książki, a trafiłam na kursy prowadzone właśnie w oparciu o to, co czytałam w książce. Choć nie jestem zwolenniczką uczestniczenia w coraz to nowych, "niesamowitych" warsztatach, coś uparcie mówiło mi, że na tym kursie muszę być, a potem na kolejnym, i kolejnym...

I tak rozpoczęła się moja droga z... Theta Healing, a dokładniej - z DNA Theta Healing, niezwykłą metodą, której twórczynią jest Vianna Stibal. 

Theta Healing polega na osiągnięciu boskiego stanu świadomości - stanu Theta, który poprzez połączenie z energiami o najwyższych wibracjach, pozwala poruszać, zmieniać i natychmiastowo uzdrawiać na poziomie fizycznym, duchowym, emocjonalnym i mentalnym. To prosty i idealny sposób na odkrycie prawdziwej boskości w sobie i przejawianie jej na co dzień w otaczającym nas świecie. To odnalezienie w sobie Boga, Anioła i Człowieka - w jednym oraz poczucie Jedności ze wszystkim, co nas otacza.

Za pomocą swojej wewnętrznej intuicji, bezwarunkowej miłości i medytacji w stanie Theta, łączymy się ze Stwórcą Wszystkiego Co Istnieje, Najwyższą Energią, Absolutem, Bogiem..., czy jakkolwiek inaczej pragnęlibyście go nazwać. Dzięki zmianie naszych fal mózgowych i odpowiedniej intencji, stajemy się świadkiem i obserwatorem natychmiastowego uzdrowienia dokonywanego przez Stwórcę. 

Choć brzmi to niewiarygodnie, każdy z nas posiada wrodzone zdolności, które mogą pomóc w uzdrowieniu zarówno siebie, jak i innych. Nie ma żadnych ograniczeń. Wszystko zależy tylko od tego, jak bardzo jesteśmy gotowi być świadkiem uzdrowienia i w jakim stopniu jesteśmy w stanie uwierzyć w Stwórcę i przede wszystkim w... siebie.

Mam nadzieję, że choć trochę Was zaintrygowałam. Dziś tylko wprowadzenie, przy następnej okazji opowiem Wam dokładniej, na czym cały ten "bajzel" polega ;)

A tymczasem... trzymajcie się ciepło!

poniedziałek, 2 stycznia 2012

Wiedzieć, czego się chce... Marzenia noworoczne

I zaczął się ten długo oczekiwany 2012 rok. Co roku, z pierwszym dniem stycznia słyszę wszędzie o noworocznych postanowieniach, obietnicach i założeniach. Jakoś nigdy nie miałam zwyczaju osobiście robić takich postanowień, szczególnie tych nieco bardziej „przyziemnych”, a jednak najczęściej słyszanych dookoła, jak np.: „W tym roku schudnę, zacznę ćwiczyć, rzucę palenie, nauczę się hiszpańskiego, będę jeździć na rowerze, zrobię prawo jazdy itp., itd."

Far Far Hill

Nowy Rok natomiast był dla mnie zawsze pretekstem do przeanalizowania tego, co minione, doświadczone i dokonane w kończącym się roku. Jednak przede wszystkim był sposobnością do przypomnienia sobie i odkurzenia moich własnych, skrywanych głęboko marzeń, które zgubiły się gdzieś po drodze w ferworze pędzącego coraz szybciej roku, przyziemnych obowiązków, strachu, obaw i zwątpienia. I tak właśnie początek roku to dla mnie czas, w którym nabieram dystansu do siebie i świata, świeżego spojrzenia, nowej energii i odwagi do działania. Marzenia wreszcie wychodzą na pierwszy plan, a cały rok jest jak biała kartka do zapisania, gdzie nie ma rzeczy niemożliwych, i tylko ode mnie zależy, co zostanie na niej nakreślone, jak wiele z tych marzeń stanie się rzeczywistością.  

Bo marzenia, choć dla wielu tak nierealne i dalekie, naprawdę się spełniają. Najważniejsze, to przede wszystkim mieć marzenia. Co więcej, mieć jasno sprecyzowane marzenia. Jednak wiedzieć, czego się chce, o czym się marzy, to nie wszystko. Pewnie nie jedna  z nas marzyła o doświadczaniu wspaniałych rzeczy, zdarzeń, relacji etc., jednak rzadko kiedy udawało nam się je faktycznie przeżywać. 

Często dzieje się tak dlatego, że marzenie to tylko punkt wyjściowy, a nie istota sama w sobie. Jedną z istotniejszych rzeczy jest siła marzenia - jak bardzo czegoś pragniemy, jak pożądamy, jak silne są nasze uczucia i emocje względem danej kwestii. Często ludzie mówią: „Ale ja naprawdę marzę o tym, aby być bogatym/bardziej rozwiniętym duchowo/zdrowym etc.” Ale czy oby na pewno? Czy to do czego dążymy, czego pragniemy nie jest tylko jedną z koncepcji narzuconych nam przez otoczenie? Czy standard ogólnie przyjętego dążenia do bogactwa nie przełożył się na naszą potrzebę bogacenia się? Bogactwa, którego wewnętrznie, gdy tak naprawdę szczerze spytamy samych siebie, może wcale nie potrzebujemy. Czy rozwój duchowy (wewnętrzny), który obecnie stał się wręcz modą, rzeczywiście jest naszym głębokim pragnieniem? Czy może chcemy po prostu „dorównać” koleżance, która odnosi w tej dziedzinie niezwykłe sukcesy. Czy naprawdę chcemy być zdrowe? Czy może jednak wolimy być chore, aby ludzie mogli nam współczuć i troszczyć się o nas?

To jest tylko kilka teoretycznych przykładów, ale tak naprawdę porównywalne podejście możemy zastosować względem wszystkiego, co nas otacza. Dopóki nie wypracujemy w sobie uczucia pełnego, czystego, bezwarunkowego pragnienia danej „rzeczy”, pragnienia zgodnego z naszą najgłębszą istotą, nie będziemy w stanie spełnić własnego marzenia.

Często ludziom wydaje się, że muszą bardzo się starać, żeby marzenia wreszcie się zrealizowały. Jednak im bardziej się staramy, im więcej wysiłku w coś wkładamy, im bardziej o coś walczymy, tym bardziej blokujemy przepływ pozytywnej energii, a tym samym możliwość realizowania się naszych celów, a co za tym idzie, również marzeń. Aby uwolnić się od tego toksycznego schematu, ważne jest, abyśmy nauczyły się „puszczać”.

„Puszczanie”, to świadome uwalnianie się od blokad, lęków i obaw. To pozbywanie się barier i poczucia braku. I nie mówię tu o skrajnym odpuszczaniu sobie wszystkiego, lecz o zdrowym zbalansowaniu i zharmonizowaniu naszej codzienności, szczególnie w odniesieniu do negatywnych emocji i doświadczeń. Moje własne życie często płynęło pod prąd. Osiągałam cele wielkim kosztem, zmagając się i walcząc z wszelkimi kłodami, jakie rzucano mi pod nogi. Dopiero, gdy nauczyłam się „wyluzowywać” i „puszczać” wszystko, co powodowało we mnie napięcia, stres i strach, gdy szczerze zaufałam sobie i światu, życie po raz pierwszy zaczęło płynąć z nurtem, tak naturalnie i pozytywnie. Stało się tak, ponieważ gdy naprawdę „puszczamy”, energia wszechświata może swobodnie przez nas przepływać, a nasze marzenia i cele mają wreszcie przestrzeń i siłę, żeby móc przybierać realne kształty.

Chcenie czegoś, marzenie o tym i „puszczanie” tego co negatywne, to jednak nie wszystko. Aby pomóc naszym marzeniom, kluczowe jest, abyśmy myślały i mówiły o nich tak, jakby już były rzeczywistością lub (dla tych bardziej opornych) jakby chociaż się nią stawały. Jest to tzw. afirmacja i wizualizacja. „Myśl o tym, że czegoś chcemy, jest oświadczeniem wobec wszechświata – stwierdzeniem prawdy – którą wszechświat potem wprowadza do mojej rzeczywistości. (…) Z chwilą, gdy wypowiesz słowa “Ja chcę” (czegokolwiek), wszechświat odpowiada “Zaiste chcesz” i zsyła dokładnie to doświadczenie – doświadczenie “chcenia” tego!” („Rozmowy z Bogiem”, księga II, N.D. Walsch). Nic poza tym! Dlatego tak ważne jest afirmowanie i mówienie o naszych marzeniach w formie dokonanej – „ja mam”, „ja jestem”, „ja tworzę” etc., a nie w formie „chcenia” – „ja chcę”. Co więcej, pozytywne wizualizowanie naszych pragnień w największych detalach, precyzowanie szczegółów i tworzenie „tablicy marzeń” pozwala nam uzyskać dokładny, niemal realny obraz tego, o czym marzymy. A stąd już jedynie mały krok do faktycznego urzeczywistnienia naszych pragnień.

Jednak kwestią najważniejszą, ogniwem zespalającym powyższe elementy i jednym z największych czynników motywujących jest wiara (proszę nie mylić jej tu z czysto religijnym aspektem). To właśnie siła wiary zwiększa moc i realność danego marzenia. Szczera wiara w spełnienie naszego marzenia i powodzenie celów, to często forma przyzwolenia sobie na nie – przekonanie siebie samej, że naprawdę zasługujemy na to, o czym marzymy, że jesteśmy warte tego, czego pragniemy i z ogromną łatwością możemy to osiągnąć. Wystarczy uwierzyć i zacząć działać :)

Wszystkie te czynniki stanowią nieodzowną część całego procesu tworzenia. Wzajemnie się uzupełniając, tworzą komplementarną całość. Wszystkie są od siebie zależne i każdy ma ogromny wpływ na właściwe działanie pozostałych. Dlatego tak ważne jest, abyśmy pamiętały o każdym z nich, gdy zaczniemy odkurzać stare marzenia i szkicować te nowe – spełnienia których życzę każdej z Was w tym 2012 roku :)