niedziela, 7 kwietnia 2013

W zgodzie z przyrodą


Dzisiejszy świat pędzi nieubłaganie nie wiadomo właściwie dokąd. Dla większości ludzi to co dzisiaj rzeczywiście ma znaczenie, to posiadanie i gromadzenie, dostatek oparty na konsumpcjonizmie, niekończąca się moda na rzeczy coraz to nowsze, lepsze i z najwyższej półki. Bo nie wystarczy coś, co będzie dobrze służyć, ale trzeba czegoś, co uczyni ich "lepszymi", co pozwoli się "pokazać" i zaistnieć w sieci społecznych uwarunkowań... I ostatecznie uganiają się za czymś, czego tak naprawdę nie potrzebują, starając się o uznanie osób, których tak naprawdę nawet nie lubią.

Dokąd ten świat zmierza? Jak z takim podejściem będzie wyglądał za 20-30 lat? Z tempem, jakie mamy już dzisiaj, trudno mi sobie wyobrazić jego kontynuację w przyszłości. Coś musi się zmienić...

Właściwe to już się zmienia... Ludzkość się budzi, powoli i stopniowo, ale jednak... Ludzie zaczynają szukać poza systemem konsumpcjonizmu. Wyzwalają się spod jarzma, które narzucił nam współczesny świat i powracają do... natury, do tego co przeszłe i pierwotne. Bo w  tym widzą sens, nadzieję, zdrowie i...wolność.

Każdy z nas musi się zastanowić, co tak naprawdę ma dla niego znaczenie. Kto i co jest ważne w naszym życiu. Co nas uszczęśliwia i czego tak naprawdę pragniemy?

Już dawno temu zadałam sobie wszystkie te pytania i okazało się, że dla mnie szczęściem nie jest ani zawrotna kariera, którą mogłam zrobić, ani pęd wielkich miast, w których przyszło mi żyć. To również nie uznanie ludzi, którzy ciągle jeszcze tkwią w materialistycznym amoku.

Zrezygnowałam z wszystkiego tego, co dla większości ludzi ma znaczenie, i poszłam za głosem serca... Zaczęłam życie w zgodzie z przyrodą - korzystając z tego, czym obdarza nas natura, czerpiąc radość z prostoty życia i ciesząc się efektami pracy własnych rąk. Postawiłam na samowystarczalność - tak dużą, na jaką pozwala dzisiejszy świat i na jaką ja mogę sobie pozwolić w chwili obecnej. I choć to dopiero początek mojej drogi, której ciągle się uczę, już teraz wiem, że to najlepszy sposób na życie.

Wyobraźcie sobie rzeczywistość, w której jesteście panem swojego losu. Gdzie to Wy decydujecie, co, jak i gdzie. Nie jesteście zależni od pieniędzy ani od innych ludzi. Wasze relacje opierają się na współpracy i partnerstwie, a niemal wszystko jesteście w stanie osiągnąć pracą własnych rąk. Wizja może nieco utopijna, a jednak możliwa... Potrzebujemy tylko skrawka...ziemi. Ziemi? - spytacie. Tak, bo gdy się tak głębiej zastanowić, to właśnie ona daje prawdziwą wolność - trzeba tylko umieć z tego umiejętnie skorzystać. 

Wielu z nas pracuje kilkanaście godzin dziennie, żeby mieć pieniądze - czy to na jedzenie czy inne podstawowe potrzeby. Wmówiono nam, że nie mamy wyjścia, że to jedyne rozwiązanie, by przetrwać. Jednak, gdy nie mamy wygórowanych potrzeb, kawałek własnego ogródka może uwolnić nas od wielu zależności dzisiejszego świata. Rozejrzyjcie się tylko dookoła, przyjrzyjcie się bogactwu przyrody, która codziennie ofiarowuje nam ogromne dary. Wystarczy, że zaczniemy uprawiać swój własny kawałek ziemi - tak jak robili to nasi przodkowie przecież jeszcze nie tak dawno temu - że będziemy korzystać z naturalnych dobrodziejstw, jakie daje nam przyroda - takich jak zioła, polne kwiaty i inne dzikie rośliny.

Jeżeli nie mamy swojej własnej ziemi czy ogródka, wystarczy nawet kilka donic na balkonie czy dzika łąka za miastem, by zacząć... A zacząć warto, bo własne jedzenie to nie tylko namiastka wolności, ale również pewność, że to co jemy, jest naprawdę zdrowe - bez żadnych chemikaliów, pestycydów, modyfikowanych genetycznie nasion itp. A do tego stworzone z miłością, która po stokroć przejawi się w naszym codziennym życiu. 

Gdy już raz się spróbuje, nie można przestać. Nic nie równa się w pełni naturalnym, własnoręcznie wyhodowanym uprawom. Dzisiaj nie wyobrażam sobie życia bez własnych ziół, warzyw czy innych roślin - wszystkiego tego, czym tak hojnie obdarza nas przyroda. Świeża sałatka z zieloności i kwiatów, które zbieram o poranku we własnym ogrodzie, herbata z kwiatów lipy kwitnącej przy domu czy sok z brzozy rosnącej na działce... To 100% naturalne skarby, których nie znajdziemy w żadnym sklepie.

Stajemy się tym, co jemy, warto więc o to zadbać... W zgodzie z przyrodą i samym sobą. Wiosna to najlepszy okres, by podjąć pierwsze próby. Wykorzystajmy więc to - świadomie i z radością! :)


sobota, 6 kwietnia 2013

Szycie jest Piękne - Tildowa Anielica


Tildowe Anioły... Misterne, rękodzielnicze dokonania pełne osobistego uroku i dobrej energii. Czy ktoś z Was też się nimi kiedyś zachwycał?

Oj, długo marzyła mi się taka Anielica. W końcu jak na co dzień swatałam się z aniołami, to i do domu chciało się wprowadzić anielskiego ducha, by samą swoją obecnością rozsiewał pozytywną energię i dobre wibracje.


Obiecałam sobie, że sama ją kiedyś uszyję - w końcu nie ma to, jak popełnić swoje własne dzieło - choć o szyciu nie miałam zielonego pojęcia. Oczywiście na obietnicach się skończyło, minęło sporo czasu, a zauroczenie tildowymi zabawkami pozostało... nienasycone - do zeszłego tygodnia...

A wszystko dzięki Magdzie, prawdziwej Anielicy stąpającej po ziemi... :)


Magda na co dzień robi właśnie takie cudeńka - z pasją i miłością wyczarowując ze skrawków materiałów piękne, misternie dopracowane arcydzieła. Jej dokonania możecie podziwiać na blogu Przestrzeń Szycia, do zajrzenia na który serdecznie Was zachęcam :) Ja zachwycam się nieprzerwanie i oczu nie mogę nacieszyć. I z podziwem patrzę na ludzi, którzy z pasją robią to, co sprawia im największą radość - według mnie to prawdziwy klucz do szczęścia.

Kochana, dziękuję Ci z całego serca!  :)



sobota, 23 lutego 2013

Bezy waniliowe


Czasami mam ochotę na coś ekstremalnie słodkiego. I choć z reguły nawet przy słodkościach wolę zachować chociaż częściowo zasady zdrowego odżywania (np. stosować mąkę razową zamiast zwykłej czy miód zamiast cukru), są takie dni, kiedy umysł woła o najmniej wybaczalny łakoć.

Pozwalając sobie na odrobinę słabości, poszłam dzisiaj za głosem głowy (trudno tu mówić o głosie ciała, o sercu już nie wspominając ;) ) i zdecydowałam się na bezy waniliowe - delikatne, rozpływające się w ustach, ...do bólu przepełnione cukrem. 

Idealna, prosta i szybka słodycz w sam raz na poprawienie nastroju w kolejny szary weekend. Dodać do tego wytrawną, korzenną kawę i potrzeby podniebienia są w pełni zaspokojone ;) Już tradycyjnie dorzucę do tego jeszcze dobrą książkę i troski minionego tygodnia odchodzą w niepamięć, pozostawiając przestrzeń na to, co naprawdę ma znaczenie... Trzeba tylko uważać, bo bezy bardzo szybko znikają ;)


Składniki:
  • 4 białka
  • szczypta soli
  • 1 łyżeczka soku z cytryny
  • kilka kropli aromatu waniliowego 
  • 250 g cukru pudru

Białka ubić na sztywną pianę, dodając szczyptę soli. Ubijać na najwyższych obrotach, aż białka będą naprawdę sztywne - do czasu aż miskę z pianą będzie można odwrócić do góry dnem, bez obaw, że coś wypłynie. Dodać sok z cytryny oraz aromat waniliowy i całość ubić. Stopniowo - po jednej łyżce - dodawać cukier puder, cały czas miksując.

Na blachę wyłożoną papierem nakładać łyżką gotowe białko, zostawiając spore odstępy między bezowymi kleksami. Można oczywiście wykorzystać rękaw cukierniczy, by nadać bezom bardziej wyrafinowany kształt -  ja wolę jednak prostotę, szczególnie w kuchni ;)

Piec w 140°C przez ok. 45 minut - w zależności od wielkości bez. Wyjąć z pieca i pozostawić do wystygnięcia.

Smacznego :)

Przepis zaczerpnięty z bloga Moje Wypieki.


czwartek, 14 lutego 2013

Weekendowe ładowanie baterii


Weekend to najlepszy moment, żeby doładować zmęczone ciało, umysł i ducha. Po intensywnym tygodniu, ciągłym zalataniu, stosie spraw do załatwienia i tysiącu myśli na minutę - przychodzi czas na ukojenie, złapanie oddechu, zanurzenie się w ciszy lasu i odgłosach natury, zastanowienie... 

I choć jeszcze wiosny nie widać tak wyraźnie, jakbym już chciała, świat urzeka swym pięknem. I aż chce się żyć, biec przed siebie nieprzerwanie i krzyczeć z radości - gdy to niezwykłe piękno i moc zaczynam czuć również w... sobie.

Wyrównuję energie, wibracje się podnoszą i nareszcie na nowo zaczynam czuć prawdziwą siebie. Wróciłam...

W oczekiwaniu na kolejne Thetowanie, odrobina jeszcze ciągle zimowego klimatu ;)




sobota, 9 lutego 2013

Znaleźć TO coś!


Od dłuższego już czasu zabierałam się za napisanie tego posta. Odwlekałam i odwlekałam… Nie czułam się wcześniej gotowa, aby w pełni podjąć tutaj "ten" temat. Ale wreszcie... chcę Wam napisać o czymś, co zmieniło i nieustannie zmienia moje życia, co otworzyło drzwi do "światów" i możliwości, o których wcześniej czytałam tylko w książkach.

Czy choć raz w swoim życiu doświadczyliście potrzeby poszukiwania TEGO czegoś - tej jednej "magicznej" rzeczy, która wyjaśni wszystko? Ja przez większość mojego życia czegoś szukałam. Nie wiedziałam jeszcze czego, ale intuicyjnie czułam, że to gdzieś jest.

W poszukiwaniach tych przestudiowałam setki książek, zgłębiałam filozofie i mistycyzm świata, od jednej metody przechodziłam do drugiej, czując że to ciągle nie to. Intuicyjnie wybierałam i odrzucałam kolejne opcje, z których tylko niektóre prowadziły o krok dalej. Nadal jednak gdzieś w sercu wiedziałam, że to za mało, że to tylko namiastka czegoś większego - czegoś ogromnego, co cierpliwie czeka, aż dojrzeję - aż wzrosnę na tyle, by objąć je swoją istotą i zrozumieć - odważnie, bez żadnych oporów i wątpliwości.

Wreszcie pewnego dnia trafiła w moje ręce książka. Nieprzypadkowo - jak zwykle... Wystarczyło jedno spojrzenie na okładkę, bym podświadomie wiedziała, że to jest właśnie TO! Zaczęłam czytać i choć początkowo niewiele rozumiałam, czułam, że mam ją zgłębiać, studiować, zrozumieć - bo to jest to, czego szukałam całe życie - klucz do drzwi! 

Jeszcze nie skończyłam czytać książki, a trafiłam na kursy prowadzone właśnie w oparciu o to, co czytałam w książce. Choć nie jestem zwolenniczką uczestniczenia w coraz to nowych, "niesamowitych" warsztatach, coś uparcie mówiło mi, że na tym kursie muszę być, a potem na kolejnym, i kolejnym...

I tak rozpoczęła się moja droga z... Theta Healing, a dokładniej - z DNA Theta Healing, niezwykłą metodą, której twórczynią jest Vianna Stibal. 

Theta Healing polega na osiągnięciu boskiego stanu świadomości - stanu Theta, który poprzez połączenie z energiami o najwyższych wibracjach, pozwala poruszać, zmieniać i natychmiastowo uzdrawiać na poziomie fizycznym, duchowym, emocjonalnym i mentalnym. To prosty i idealny sposób na odkrycie prawdziwej boskości w sobie i przejawianie jej na co dzień w otaczającym nas świecie. To odnalezienie w sobie Boga, Anioła i Człowieka - w jednym oraz poczucie Jedności ze wszystkim, co nas otacza.

Za pomocą swojej wewnętrznej intuicji, bezwarunkowej miłości i medytacji w stanie Theta, łączymy się ze Stwórcą Wszystkiego Co Istnieje, Najwyższą Energią, Absolutem, Bogiem..., czy jakkolwiek inaczej pragnęlibyście go nazwać. Dzięki zmianie naszych fal mózgowych i odpowiedniej intencji, stajemy się świadkiem i obserwatorem natychmiastowego uzdrowienia dokonywanego przez Stwórcę. 

Choć brzmi to niewiarygodnie, każdy z nas posiada wrodzone zdolności, które mogą pomóc w uzdrowieniu zarówno siebie, jak i innych. Nie ma żadnych ograniczeń. Wszystko zależy tylko od tego, jak bardzo jesteśmy gotowi być świadkiem uzdrowienia i w jakim stopniu jesteśmy w stanie uwierzyć w Stwórcę i przede wszystkim w... siebie.

Mam nadzieję, że choć trochę Was zaintrygowałam. Dziś tylko wprowadzenie, przy następnej okazji opowiem Wam dokładniej, na czym cały ten "bajzel" polega ;)

A tymczasem... trzymajcie się ciepło!